Smutno i boli…04.08.2015

Dzisiaj dzień uśmiechu. Mnie jednak dopadł smutek. To już 3 miesiące jak nie ma ze mną mojej przyjaciółki z dorosłego życia. Od kiedy zamieszkałam sama, poszłam do pracy … Ona była. Najpierw była malutka taka 3 miesięczna. Mieściła się pod sofą w przedpokoju. Tam chętnie wchodziła, więc tam zrobiłam jej legowisko. Mój mąż śmieje się, że gdyby nie to, że Ori miała legowisko pod sofą to urosła by na dużego psa, a tak nie miała wyjścia, została jamnikiem:). Śmiech przez łzy. Wspomnienia tych pierwszych dni  razem przynoszą uśmiech, który jednak jest pokonany przez ból straty. Bo już jej nie ma ze mną. Już jej nie przytulę. Nie usiądzie na moich plecach podczas gdy ja teraz leżę na brzuchu i piszę. Gdy żyła zawsze tak robiła, tylko położyłam się na brzuch Ori wskakiwała, zakręcała się w kółko i leżała. Miałam wtedy grzejnik na plecachJ. No więc Ori zamieszkała pod sofą w przedpokoju i od razu pokazała kto będzie rządzić w tym domu. Wszystko musiało być tak jak ona chce. Obroża nowo kupiona musiała zostać wymieniona na szelki, bo inaczej pies siadał i nie ruszał się na krok. Karma… dwa tygodnie przekonywałam ją do jedzenia suchej karmy i to był mój pierwszy sukces. Okupiony jednak słownymi kłótniami i fochami. Wszędzie chodziłyśmy i jeździłyśmy razem. Całe moje studenckie imprezy i wyjazdy to wspólne bycie razem. Ja i Ori. Jak znajomi kręcili nosem, to mówiłam zapraszacie mnie, to zapraszacie też Ori. Nie chcecie Ori nie będzie też mnie. Po roku czasu już się wszyscy przyzwyczaili i znajomi i Ori i nie wyobrażali sobie tych naszych wspólnych wypraw bez Ori. Z jednej niezapomnianej imprezy wracaliśmy Maluchem, ja prowadziłam a Ori spała z kacem bo chłopaki umaczali jej chrupki w alkoholu. Dostali później ochrzan…  Ori była zadowolona:). I tak żyłyśmy sobie razem we dwie. Gdy zostałam bez pracy mobilizowała mnie do wstania z łóżka. Bo ja mogłam nie jeść  ale ją musiałam nakarmić. A do tego były potrzebne pieniądze… i praca. Tak wspólnie przeżyłyśmy 3 lata. 3 lata podczas, których stawałam się dorosłą kobietą, uczyłam się jak prowadzić dom, jak być za kogoś odpowiedzialną, jak żyć w wspólnej przestrzeni (miałyśmy do wspólnej dyspozycji 24 m2). Później pojawił się mój chłopak, obecnie mąż, który nigdy nie miał w domu psa i chyba nie chciał mieć. Jak siadał na podłodze to Ori biegła do niego się przytulić a On do niej mówił tak: „ty pies jak chcesz ze mną żyć w zgodzie to trzymaj się ode mnie z daleka”. Ori, jak to Ori, nie słuchała go i tak się zakochał mój mąż także w moim psie. Godziny spędzone na drapaniu za uchem, w grzbiet. Boksowanie się, przerzucanie na łóżku. Wariactwo nie z tej ziemi. A później szok, napad padaczki. Skąd – nie wiadomo. I długie leczenie, podczas którego Ori przestała być moją uśmiechniętą Ori, tylko stała się nieobecnym smutnym cieniem psa. Co możemy zrobić? Pytałam weterynarza. Ja chcę mojej Ori z powrotem.  Ataki pojawiały się zawsze wtedy, kiedy mój mąż wyjeżdżał do domu, do rodziców, po weekendzie spędzonym razem z nami. Podejrzenie, że napady padaczki są na tle smutku i ogromnej tęsknoty, z porzucenia i osamotnienia. W międzyczasie kończymy studia, mój mąż przeprowadza się do mnie, do Opola gdzie dostaje pracę. Ori zaczyna wracać radość, zmiejszamy jej dawkę leków. Po 6 miesiącach wspólnego życia na 24 m2 postanawiamy, że szukamy większego mieszkania i dzięki temu będziemy mogli wziąć dla Ori drugiego psa, aby podczas naszej nieobecności nie czuła się samotna. Aby ktoś stale pobudzał ją do życia, radości, działania. Mieszkanie zakupione, decyzja o nowym psie podjęta, wybór – labrador ciemny taki. No więc znaleźliśmy podczas powrotu do mieszkania, wyrzuconego na skutek wakacji, czarnego, brzydkiego jak noc psa – sukę. I to jak się później okazało był nasz „ciemny labrador”. Zera dołączyła do naszej rodziny z wielkim trudem. Ori przez miesiąc chodziła obrażona na cały świat. Zera także była obrażona, ona samica Alfa nie tolerowała i do dzisiaj nie toleruje innych zwierząt. Więc przez miesiąc toczyły ze sobą boje i nie gadały ze sobą. Wszystko zmieniła przeprowadzka na nowe mieszkanie. Tam każda miała nowy start. I tam zaczęła się ich przyjaźń. Przyjaźń ciężka, trudna i okupiona z konieczności rezygnacji z każdej strony. Przyjaźń trwająca nieprzerwanie 13 lat. Ori była moja, Zera męża. Nawet jak na spacerze pokłóciliśmy się ze sobą, to nie wołając psów Ori biegła za mną, Zera za mężem. Później urodziła się moja córka Amelka. Ori była wpatrzona w nią jak w obrazek, chodziła za nią wszędzie, pilnowała na każdym kroku. Była to miłość z wzajemnością. Po przeprowadzce do nowego domu Ori wprowadziła się do córki, do jej pokoju. Rozpoczął się czas, w którym dzieliłam się Ori  z drugą osobą. Bo Ori już nie była tylko moja, za właściciela wybrała sobie także Amelkę. Jak żywa stoi mi przed oczami scena z zeszłego roku, lekcja angielskiego u nas w domu, w pokoju Amelki i Ori siedząca przy zamkniętych drzwiach, drapiąca w nie systematycznie. Wytłumaczyłam Panu Marcinowi, że jak chce w spokoju się uczyć to musi mieć Ori w środku, bo jak Amelka zamyka drzwi to Ori się denerwuje, a jak jeszcze jest ktoś obcy to już niemożliwe. Więc od tego czasu Ori uczestniczyła systematycznie w lekcjach angielskiego. I tak powiększał się metraż mojej Ori. Z 24m2 na 35m2, później 78m2 aż do 160m2 z ogrodem, polami blisko babcią. Przez ostatnie lata, kiedy rozkoszowała się urokami wsi, uciekała na samotne, piesze wędrówki średnio raz w tygodniu. Pomimo szczelnego ogrodzenia jej i tak udawało się zwiać na wycieczkę. Wycieczka zawsze miała taki sam harmonogram. Najpierw odwiedziny u kolegów – psów w kurnikach, później spacer do babci po dobroci. Bo babcia jak to babcia rozpieszcza wszystkie wnuki, te włochate i te nie włochate. Ori zawsze dostawała jakieś dobrocie jak już doszła do babci. Wtedy gdy jej poranne wycieczki uniemożliwiały mi wyjście rano do pracy na umówione spotkanie byłam wściekła i zła. Zawoziłam dzieci do przedszkola i szkoły i wracałam szukać Ori, aby nic się jej nie stało. Najgorzej kiedy uciekała w zimie, wieczorem. Wtedy przemarznięta do szpiku kości jeździłam i nawoływałam ją. Przez ostatnie 3 miesiące swojego życia już nie uciekała tylko spała. Żyła ze mną , z nami 16 cudownych lat. Nauczyła nas jak kochać i akceptować innych. Jak dbać i okazywać miłość. Jak spędzać ze sobą czas. Dała mi i mojej rodzinie ogrom miłości.